Mój dzienniczku.
Lubię elektrownię, bo to takie swojskie miejsce, można poczuć się w nim intymnie. A że śmierdzi? Miejsca intymne mają to do siebie, że czasem śmierdzą.
skomentuj (2)W Warszawie miasto zaopatrzyło się w nowe solarki. Z tej okazji można było usłyszeć w radio: "tym razem to drogowcy zaskoczyli zimę" :-)
skomentuj (0)
Obwieszeni siatkami wracamy z Norą z zakupów na ryneczku. Kiedy pod sklepem "Wiola" robimy sobie przystanek, dopada nas menel z prośbą o papierosa. Nora, jak zwykle w takich sytuacjach, uszczywnia mięśnie korpusu, delikatnie się wypręża i buduje dystans burcząc pod nosem coś, co ma menelowi odebrać resztki nadziei. No więc trafiło na mnie. Daję nieszczęśnikowi papierosa, zaznaczając, że tylko jednego, bo kątem oka widzę, że właśnie sapiąc nadciąga jego kolega. Drugi menel szybko zorientował się w sytuacji: zobaczył, że zostałem skutecznie osępiony i odmawiam dalszej współpracy, więc zwrócił się prosto do Nory. Spróbował "Cześć ziom!", a kiedy spostrzegł, że to nie działa, w akcie desperacji rzucił jeszcze "Lech Kolejorz"!
skomentuj (0)
Jak sobie pomyślę, że biednej Ewu wyrośnie coś tak wielkiego, jak mojej bratowej (wczoraj miała termin), to ech...
skomentuj (1)
Powrót do nałogu to powrót na pracowe fajki. Palę sobie często z R2, który jest bardzo zabawnym, bystrym, niebanalnym, zadziornym i marudnym typem. To tylko pięć powodów, dla których bardzo go lubię. Prowadzimy sobie różne rozmowy, między innymi takie, w których R2 opowiada o swoich wielkich planach rozwoju: czego to on się nie nauczy i jak to będzie karierę robił... jest to wszystko podszyte takim małym złośliwym wyrzutem, że u mnie to tylko banner za bannerem trzaska i jakieś obsrane wersje językowe... no ale spoko.
No i oczywiście co ja, i jak ja i czego ja chcę i w ogóle to jakie mam plany/marzenia. Na to pytanie, którego nie znoszę, odpowiadam mu ostatnio: chudość i angielski. Czyli takie małe konkretne rzeczy, które można zrobić w ramach obowiązkowego przecież w tym wszechświecie robienia czegoś ze sobą.
Chudość to tak wreszcie, żeby raz na zawsze odebrać sobie przyczynek do kompleksów i żeby nie spotkało mnie takie nieszczęście, że jak wreszcie, wreszcie, wreszcie spotkam kogoś, kogo naprawdę będę chcieć, to będę dla niego za gruby (hahahihi, bo przecież nic innego nie sposób mi zarzucić... huhuhuhihihi!).
A angielski... żeby się wreszcie przestać kompromitować... i żeby mieć większy komfort pracy... i żeby sobie rozmawiać z ludźmi, do których jak na razie nieśmiale się uśmiecham.
Ojej, jakie to pisanie ciężkie i mozolne. Dopiero o chudości i angielskim, a jeszcze zostało mi party i młode ciotki!!
Palę. Nie palę. Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.Palę. Nie palę.
Palę.
Nie mogę tak ciągle sobie zmieniać tego na portalu randkowym, bo tracę na wiarygodności.
Nie jem. Tym razem naprawdę będę szczupły i piękny.
Do Miasta powracam jako członek powołanego do życia na kamiennym krawężniku w Saltaire ekskluzywnego Klubu, nafutrowany lewostronnymi futerunkami i - choć na diecie - pełen ochoty na futrowanie życia.
Dziś wieczorem mam w planie twarde lądowanie w ele... ale ogólnie jest fajosko, okazuje się że rzeczywiście najlepszym pomysłem na urlop są ludzie :-)
No wiem, wiem przecież, że nic a nic tu nie piszę i jakich bym słów nie użył, żeby zakląć rzeczywistość, to i tak nikt nie uwierzy, że zacznę.
Mnie się jednak zdaje, że do mojego życia wkradła się jakaś brzydka anarracyjna bezsensowność. Stało się historią, której nikt nie opowiada.
Z wszystkich pomysłów na zmianę tego stanu rzeczy, pomysł na pisanie wydaje mi się najsensowniejszy.
Jasne, że nie wiem, co napisać... może to, że zaraz zaczyna mi się urlop, który spędzę w dziwny, taki połatany i patchworkowo pozszywany z różnych kawałków sposób. Chciałbym wierzyć, że powrócę wypoczęty, nowszy, inszy i z jakąś nową energią... ale chyba nie mam złudzeń.
Głupie trochę, że jak coś teraz napiszę, to wyjdzie, że leżało mi na wątrobie i musiałem to z siebie wydobyć... więc, jeśli to, co napiszę jest skazane na bycie myślą godną zaistnienia po miesiącach blogowego uśpienia... to napiszę tylko, że jednak doskwiera mi życie życiem nieopowiedzianym.
Kiedyś przecie też było jałowo, ale mogłem przynajmniej wieczorami siebie czytać i mieć wrażenie, że wszystko skleja się w jakąś małą historię, pod którą mogę się przynajmniej podpisać.
Świat się kończy, do bloku wprowadza się Nora!
Oczywiście to JA będę górą :-)
Tombl był wczoraj na takiej randce, że dziś przez dzień cały spogląda tęsknym wzrokiem na telefon.
Wierząc w potęgę magii sympatycznej, na kolację ugotował kilogram ptasich serc.
Kogo Ty chcesz oszukać, Tomasz? I dlaczego właśnie siebie?
skomentuj (0)
Za każdym razem, kiedy na swojej krętej życiowej drodze napotykam Ciotki Znane i Znaczące, prędzej czy później musi, po prostu musi pojawić się Tomella.
Że to niby ja mam być Tomellą... bo przecież nie można tak, bez żeńskiego przydomka.
Nabrałem sporej wprawy w bronieniu się przed Tomellą - teraz, kiedy temat wraca, już rutynowo powtarzam, że nie, że nie Tomella, bo przecież kto inny jest Tomella i dlaczego niby właśnie tak i że w ogóle niech wymyślą coś lepszego...
I Nora wymyśliła, po czym niemal wpadła pod stół z radości: Morella :)
No dobrze, wiem że to może być zabawne jedynie dla wtajemniczonych czytelników...
Po wszystkich swoich metamorfozach i zużyciu tony czarnej olejnicy, pozostaje Pokusa przede wszystkim sobą.
Jaka bezsensowna inercja sprawia, że wciąż zdarza mi się tam być?
Z jakichś tajemniczych względów nie cieszą mnie rzeczy, które miały mnie cieszyć.
Nie chcą mnie faceci, których mógłbym ewentualnie chcieć, nie podobam się chłopcom, którzy podobają się mnie.
Mam niejasne wrażenie, że wielu ludzi mnie nie lubi (co jest dla mnie pewną nowością).
Widzę, jaki się strasznie nudny i pusty zrobiłem. Zaczynam toczyć pełen frustracji i małych ucieczek żywot poza życiem.
Prawie nic mnie nie interesuje.
Wszelkie pomysły naprawcze i rewolucyjne biorą w łeb, bo nie mam do nich przekonania... jak zresztą do niczego.
1.
Czas turla się w swoim niezmiennym rytmie, który przyprawia mnie już powoli o coś na kształt choroby morskiej.
Kiedy na coś się cieszę i czekam - to coś zaraz zjawia się na plecach chwili, która je niesie. I zaraz razem znikają. Dużo się dzieje, ale nie wydarza się nic.
Obmierzły rok 2009. Rozpoczynałem go z pustymi rękami i pustym sercem. Kończę go z pustymi rękami, pustym sercem i pustą głową.
Jeśli na coś mnie jeszcze stać, to na szczerość. Umiarkowaną szczerość.
2.
Nie ma żadnej mojej zasługi w tym, że ostatnich parę dni zeszłego roku spędziłem z Norą we Wrocławiu. To tylko dlatego, że, po pierwsze, moja kochana, troskliwa agencyjna kobieta wysłała mnie na urlop; po drugie: Nora miał wolne, którego nie zamierzał spędzać w naszym najlepszym z miast. I po trzecie: właśnie tam mamy fajny, darmowy nocleg.
Czas spędzaliśmy w konwencji wypracowanej pracowicie przez piętnaście lat naszej symbiozy. A ostatniego dnia rozdzieliliśmy się i każdy miał to, czego chciał. Nora: zakupy, dobre żarcie w restauracji, śpiewanie pod prysznicem i uroki nocnego życia. Tomblo: rozmowy, rozsypywanie popcornu, błądzenie dookoła rynku, gubienie knajp, zabawy kibelingiem, picie mleka nad Odrą i na koniec solidne lanie w scrabble.
Poczułem się jak ufoludek, który poznał innego ufoludka i nagle zrozumiał, że jest ufoludkiem :-)
Przez ostatnich parę dni zajmuję się głównie chodzeniem po świecie i opowiadaniem wszystkim, że mam ADHD (ADD) i że jest to niebywale interesujące. Oczywiście nikt się tym specjalnie nie przejmuje, a już chyba nikomu poza mną nie wydaje się to szczególnie interesujące... mam nawet niejasne wrażenie, że głosząc tę nowinę staję się dla otoczenia jeszcze bardziej męczący niż zwykle.
A to jest rzeczywiście niesamowite, bo tłumaczy połowę mojego życia.
- dlaczego, będąc naprawdę niezłym studentem, mądrzejszym od 4/5 rocznika (nie przesadzam), czysto fizycznie wręcz nie mogłem się zmusić do skończenia magisterki... i nie skończyłem studiów w sposób tak absurdalny, że mógłbym za to dostać jakąś edukacyjną nagrodę Darwina
- dlaczego w ogóle nie potrafię kończyć rzeczy... dlaczego czytam z zainteresowaniem 300 stron powieści, a nie potrafię doczytać ostatnich dwudziestu. Albo obejrzeć filmu do końca... albo umyć WSZYSTKICH naczyń...
- dlaczego w pracy kocham dokładnie te dni i sytuacje, których inni nienawidzą: kiedy wszystko dzieje się na raz, świat wali się nam na głowę i walczę ze smokami.
- dlaczego nie potrafię nie przerywać, co różnych ludzi (m. in. mojego szefa) doprowadza do szału :-)
- dlaczego, kiedy ktoś opowiada coś, co już słyszałem, albo mówi coś nudnego, to zamiast zwykłej niecierpliwości, ogarnia mnie po prostu czarna rozpacz. Pół biedy, jeśli jest to np. spotkanie, podczas którego mogę zająć się czymś innym (rysunki abstrakcyjne, rozmyślania, zadawanie bzdurnych pytań). Natomiast w przypadkach skrajnych, jak np. dwudziestominutowy, pełen wyrzutów monolog mojej babci przez telefon, jestem w stanie się nawet poryczeć z frustracji :(
- dlaczego, kiedy jestem w domu, i ktoś mnie pyta, co robię, prawdziwa odpowiedź brzmi zawsze tak samo: krzątam się
- dlaczego nie jestem w stanie NIGDY zapłacić w terminie 70 zł rachunku za gaz (choć Bóg i moja księgowa mi świadkami, że mnie stać). Dotyczy to też niestety wszystkich innych rachunków.
- dlaczego wszystko, absolutnie wszystko w moim życiu, robię na ostatnią chwilę? Jeśli w ogóle...
- pomijam zupełnie takie drobiazgi, jak tysiące rozdłubanych świeczek i podartych na malutkie kawaluńki wafelków od piwa... porozgryzane słomki, plastykowe kubeczki z poodwijanymi za pomocą zębów krawędziami, sprawdzanie opuszkiem palców ostrości swoich kłów. Albo wszystkie te porozlewane piwa, przechodnie zabici torbą / plecakiem... Anna Dymna zrzucona z roweru na krakowskim rynku...
Ta lista mogłaby być dużo dłuższa... dość, że wszystko mi się zgadza, absolutnie wszystko. Nawet takie drobiazgi, jak wyczytane gdzieś na forum liczenie baranów przed snem: u mnie też nie działa, bo barany przyspieszają. Mam też dokładnie tak: uchodzę często za egoistę, a jestem bardzo empatyczny.
Tyle zbieżność objawów. Byłoby rozsądnie, niegłupio i ogólnie prawidłowo, przeżycia tej nocy tłumaczyć tylko zbieżnością objawów... :( Zostawmy to.
Cała ta "diagnoza" bardzo mnie ucieszyła. Bo i ona i całe to spotkanie to rzeczywiście było świetne przeżycie... pewnie najlepsze ze wszystkich, które spotkały mnie w tym 2009 roku. Jednak potem zrobiło mi się mniej fajnie.
Bo co mi z tego wszystkiego? Dzięki diagnozie mógłbym przestać uważać się za idiotę i mieć dla siebie trochę wyrozumiałości... ale co z tego, skoro ja już i tak od zawsze mam dla siebie całą wyrozumiałość wszechświata? Ta moja obsrana miłość własna czyni mnie względnie szczęśliwym człowiekiem... i sprawi, że ostatecznie nigdy niczego nie osiągnę.
Jej.
Podczas niedużego i błahego wyjazdu do nieodległego miasta, przeżyłem parę doniosłych i niebywale ważkich rzeczy.
Tak właśnie do mnie dotarło, że jestem jednak zdecydowanie za gruby!
To jest straszne.
Ta świadomość co prawda daje nadzieję na zmianę tego żałosnego stanu rzeczy (muszę się odchudzić) ale odbiera mi też sporą część mojego samozadowolenia. A tak było mi z nim dobrze! <chlip>
Zawsze wierzyłem, potrzebowałem wierzyć w tworzenie jakiejś fajnej, wartościowej, znaczącej i niebłahej rzeczywistości z ludźmi, którzy byli dla mnie naprawdę ważni. Miała to być - i była - rzeczywistość wykraczająca poza bilateralne relacje, poza doraźność małych towarzyskich spotkań...
Teraz budzę się w świecie, w którym jestem jakoś dramatycznie sam, zupełnie osobny i mam dość sporo całkiem niezłych, ale porwanych, fragmentarycznych narracji z różnymi ludziami.
Nie da się z tego skleić nic sensownego.
Wszystko się porozsypywało jak słynne, przysłowiowe dropsy.
Jak zwykle, w końcu dochodzę do tego momentu, w którym wściekam się sam na siebie i na swoją naiwność. Ale, ale przecież ta naiwność była znakiem mojej dobrej woli. Mrugała do mnie: "Tomasz, ja Naiwność jestem", ale nie mogłem przyznać, że to widzę, nie przyznawałem tego, bo w rzeczy, w które się wierzy, należy wierzyć.
Teraz, o drugiej w nocy (ale to nie jest jakaś zabójcza pora jak na mnie) chętnie bym się na to wszystko wyrzygał najszczerzej. Na obłudę, na lenistwo, na obrzyganą zastałość, na sposób, w jaki nasze (i wasze!) spasione, leniwe i ociężałe życia odsunęły się od siebie.
Wieczór z Ewu.
Mówię Ewu, że muszę coś zmienić w swoim życiu.
Ewu mówi, że mam na to 6 tygodni. Potem to wszystko wsiąknie i już tak zostanie.
Jeju, jeju, to ja chcę zmieniać, jeju, czekajcie, ja zmienię!!!
Coś jest ciekawego w tym moim niepisaniu. Wydaje mi się, że to jeden z objawów mojego ogólnego uwiądu.
Spróbowałbym napisać dziś o Marcinie.
Mogę śmiało pisać o nim "Marcin", bo wiem na pewno, że wcale nie ma tak na imię.
Po prawdzie, nie wiem w ogóle, jak ma na imię, nie wiem co właściwie robi i nie wiem tak naprawdę, kim jest. Wiem tylko, że skończył socjologię... to akurat po nim widać, słychać i czuć.
Nasze spotkania wyglądają zawsze tak samo: idziemy sobie na piwo i toczymy zawzięte dyskusje. Marcin ma dość dobrze opanowane różne socjologiczne teorie, sporo suchej wiedzy o świecie, zbyt mocno sprecyzowane poglądy (czasem wprawiające mnie w prawdziwe osłupienie) i duże, piękne oczy - to wszystko czyni z niego niezapomnianego rozmówcę. Prowadzi jakiś dziwny żywot, zapewne karmiąc się różnymi narracjami bi (niewiele wiem), grasując gdzieś na samotnej, targanej wichrami skale "hetero", z której boi się skoczyć w "homo", którego nie zna, choć ze swojej wysokości patrzy nań od lat...
Marcinowi zdarza się mnie obrażać, bezpardonowo i w tak niecodzienny sposób, że wprost nie sposób nie uznać tego za kolejną epifanię jego dziwności.
Dziś Marcin wyłuszczył mi, dlaczego za obrzydliwe uważa sformułowanie, którego użyłem w SMSie... jeśli ktoś jest w stanie z pełnym przekonaniem sugerować mi, że nie rozumiem, co napisałem po polsku, to właśnie ten dziwny socjologiczny chudzielec :-)
Niemniej bardzo sobie cenię spotkania z Marcinem... jest on zdecydowanie JAKIŚ.
Tak mało JAKICHŚ ludzi na tym świecie...
To, że właściwego mężczyzny nie ma wśród tych, którzy mnie chcą, nie znaczy wcale, że jest wsród tych, którzy mnie nie chcą.
No chyba, że to ten idiota skończony, kretyn, głupek i w ogóle nie mam słów - co to mam go na myśli :(
Podczas ostatniej wizyty w domu rodzinnym spostrzegłem, że nie ma psa. Okazało się, że pies zdechł już jakiś czas temu, tylko że nikt nie uznał za stosowne mnie o tym powiadomić.
- Bo Ty Dzwonisz Tylko / jak czegoś chcesz /
- a miałem dzwonić i pytać, czy pies przypadkiem nie zdechł?
[Oczywiście przypomniało mi się, że przez całe lata zawsze jak widziałem Wojtka to, pytałem, czy jego pies już zdechł :-) ]
Miałem sentyment do tego psa, bo to moja sprawka, że był naszym psem. Po prostu jak byliśmy w schronisku podpowiedziałem mu, co zrobić, żebyśmy go wzięli (nie wystarczyło patrzeć wielkimi oczami, trzeba było jeszcze zaszczekać).
Powinienem napisać coś o przynajmniej części z tych wszystkich facetów, z którymi zetknął mnie ostatnio los, ale jakoś nie.
Naprawdę fajnie było pójść na to do kina.
Zwłaszcza, jeśli miało się szczęście do dobrego towarzystwa :D
Ostatnio w notesie znalazłem przypadkiem taki oto zapisek:
Jak człowiek, który nie ma złudzeń co do swojej przeszłości, może mieć złudzenia co do swojej przyszłości?
Zupełnie niepotrzebnie się martwię. Okazuje się, że mam całe mnóstwo złudzeń co do swojej przeszłości. Coraz mniej, ale jednak złoża są potężne!
Nic tombl nie może poradzić na to, że został dziś spiorunowany, zbombardowany, zmiażdżony nowym kawałkiem...
Jest to moim skromnym zdaniem wielkie, wybitne i doniosłe.
I strasznie dobrze napisane, przynajmniej w zakresie, w jakim rozpowszechniam ;-p
ile cię trzeba dotknąć razy,
żeby się człowiek oparzył
ale tak żeby już więcej ani razu
żeby już więcej za nic
żeby już więcej nie miał odwagi
no ile razy?